piątek, 31 lipca 2009

poniedziałek, 27 lipca 2009

Montenegro: czyli Anik i Jola na Festivalu Grad Budva teatar i nie tylko:)











Budva 2009 - Dni Polskie na festivalu Grad Budva Theatre.
Festival ten odbywa się co roku w Budvie, "kurorcie" Czarnogórskim.
W tym roku Ambasad Polska postanowiła zorganizować 3 dni polskie.
W Budvie mogliśmy obejrzeć teatr Wiczy,posłuchać szant w wykonaniu Black Velvet obejrzeć obrazy Marka Skrzyńskiego, oraz no właśnie moje fotografie. Razem z Markiem nasza wystawa zawisła w kościołku Sv.Maria w Budvie. Kościołek na szczęście już nie funkcjonował jako kościołek, bo doszło by do małej profanacji gdyby zawisły tam moje "gołe baby":)Przyjechałam do Budvy kilka dni wcześniej ale jakie wielkie było moje zdziwienie gdy spotkałam się z organizatorem, a ten poinformował mnie , że nie ma ram na moje zdjęcia mimo wcześniejszych zapewnień ze stron ambasady, że tak owe posiada. Później było całkiem zabawnie , bo Ambasada twierdziła, że organizatorzy twierdzili, że mają ramy, a organizatorzy się wypierali i zapewniał mnie iż byli przekonani że przyjadę z ramami. Nie wiem kto mówił prawdę ale fakt, że nie ma w co oprawić prac pozostał prawdziwy. Następnie dowiedziałam się ze moje prace będą wisieć na szybach..wydawało się to bardzo abstrakcyjne, i nie możliwe ale...dnia następnego dostałam 10 chłopa do pomocy w wieszaniu, raczej nie byli to bywalcy wystaw, wzięli do ręki taśmę klejącą i przykleili(od strony zew,), moje oczy były wtedy raczej pełne przerażenia. Udało się im, szczerze mówiąc nie wyglądało to najgorzej, aż do momentu ściągania. Ściąganie nie szło im tak sprawnie jak klejenie, prace się nieco zniszczyły ale nie było aż tak źle...na szczęście
Podczas wernisażu przyszło mi udzielić 2 wywiadów do tamtejszej TV, na szczęście nie widziałam jak to wyszło:)bo do medialnych osób nie należę, szczególnie w takim upale.
Był tez przyjemny Koktajl Party i upragnione zimne piwo w ciepły wieczór.
Dnia następnego na festiwalu wystąpiła grupa teatralna z Torunia ze spektaklem "Po Prostu" i mogę powiedzieć , ze warto było ich zobaczyć. Polecam.





Nasze "obozowisko" na St.Nicola:)








A to właśnie Budva, Widok na Budve jest wspaniały, niestety gdy po długiej podróży udałyśmy się z Jolą na plażę, z nadzieją odnalezienia ciszy, spokoju, dzikiej natury, zastałyśmy niebotyczną chmarę ludzi, i cholernych płatnych leżaczków, głośna muzykę ogólnie nie to co oczekiwałyśmy od Czarnogóry. Na szczęście na drugi dzień udało nam się znaleźć fajne skałki gdzie ludzi było znacznie mniej. Pod koniec wyjazdu odkryłyśmy możliwość popłynięcia na wyspę St.Nicola, która do zwiedzania jest niestety zamknięta, natomiast można korzystać z plaży i całe szczęście.










Podczas wyjazdu zafundowałyśmy sobie wycieczkę w głąb kraju, i udało nam się zobaczyć Kanion rzeki Tara, Fragment Parku Narodowego Biogradzka Gora, widoczki na Jezioro Szkoderskie. Ale i tak najciekawsza była historia wybuchu wojny na Bałkanach w wykonaniu Serbki czy też Czarnogórki czy jakkolwiek się to zwie:) Zupełnie inna niż znamy ją wszyscy:)










Wracając z naszej wycieczki, zatrzymaliśmy się w ponoć najmniejszym mieście w Montenegro. Nie wiem czy można nazwać to miastem, ale niech im będzie. Leży to gdzieś w górach, składa się z Paru domków i...hotelu i stacji benzynowej.
W naszym autokarze, bo chyba nie wspominałam znajdowało się większość Ukraińców i Rosjan. Zatrzymaliśmy się w tym misteczku i jak to na postojach wszyscy polecieli do WC. I stoimy tam i stoimy czekając na swoja kolej i przyznam że poczułam się jakbym nie była w MMn ale na Ukrainie i to w czasach głębokiej komuny. Potem udałyśmy się na murek pod hotelem i przyglądałyśmy się siedzącym na przeciwko pracownikom stacji benzynowej, chyba na każdego przypadał jeden dystrybutor, obok nich widniał napis zakaz palenia, dzwonienia z tel.kom. ale chłopcy sobie z tego nic nie robili, zastanawiałam się kiedy zaczną kiepować na dystrybutorze. I tak siedzimy sobie a tu nagle wybiega stado kóz, no i wtedy ja mega inteligentnie wykrzynełam"miśka patrz owce" hehehe. Jola popatrzyła się na mnie swoim prześmiewczym spojrzeniem i zaczęłyśmy się smiać. Na szczęście reflex mam większy niż zdolność jarzenia i udało mi się popełnić parę zdjęć, bo przyznam, że bardzo mnie te "kozo-owce" rozbawiły:)